
Wątpię by choćby połowa rodziców dzieci i młodzieży w wieku szkolnym potrafiła odpowiedzieć na pytanie co sprzedają szkolne sklepiki? Te niestety zaopatrują najmłodszych w „śmieciowe jedzenie” i nie mam tu na myśli żywności przeterminowanej. Problem i poważnym zagrożeniem zdrowia dla dzieci i młodzieży są łatwo sprzedawana na terenach szkół produkty o niskiej wartości odżywczej, jak np.: frytki, batony, cukierki oraz słodkie napoje gazowane.
Katastrofalne dla zdrowia nawyki żywieniowe, które teraz praktykują uczniowie, wreszcie zostały dostrzeżone przez polski świat polityki. Potrzebny był szok i wyniki badań GUS, z których wynika, że co czwarty krakowski uczeń podstawówki i gimnazjum ma problemy z otyłością. Dlatego krakowski radny Bartłomiej Garda przygotował uchwałę mająca na celu ograniczenie uczniom dostęp do tzw. junk food. Takie działania nie są nowością w UE. Dwa lata temu łotewski parlament zakazał sprzedaży niezdrowej żywności, zarówno w szkolnych sklepikach, jak i automatach.
Pomysł zastąpienia chipsów i batonów świeżymi owocami, jogurtami i sokami, choć nie przypadł do gustu uczniom, zyskał poparcie nauczycieli, którzy na lekcjach wychowawczych starają się przekonywać podopiecznych o wyższości zdrowia nad przyjemnością, czyli że lepiej zjeść jabłko niż pączka. Z potrzeby edukacji w tej materii zdaje sobie sprawę również sam uchwałodawca.
Przydałaby się akcja dla mam i ojców, żeby zamiast dać dziecku dwa złote na coś do jedzenia, zrobili im kanapki
- proponuje radny Garda.
foto:
lencioni

3 comments
ACTE says:
cze 17, 2008
Zdjęcie do niusa nasunęło mi jedyne możliwe skojarzenie: Pan Jabłko i Pan Gruszka :D
kal. says:
cze 18, 2008
hm. ja tam pamiętam ze szkolnych sklepików wszelakiego rodzaju bułki, kanapki, drożdżówki. i nie zgodzę się z tym, że wszędzie jest junk food, oj, nieprawda.
może po prostu zamiast ograniczać dostęp do ‘niezdrowej żywności’ lepiej by było zapewnić dofinansowanie czegoś lepszego, żeby „opłacało się kupić kanapkę, bo jest tańsza”. tak na chłopski rozum.
marcin wójcik says:
cze 18, 2008
ja dziś byłem w szkole i dzieciaki opychały się tylko pustymi kaloriami. odnalazłem sklepik i … oprócz drożdżówek batonów i chipsów nie było tam nic innego, zresztą nawet jak na junk food wybór był kiepski.
skoro szkoła ma edukować, to na wszystkich polach. jak chcą jeść niezdrową żywność, to niech kupią ją sobie gdzeiś indziej, a w sklepiku powinny być dostępne tylko właściwe produkty.
dofinasowanie takowych, to jednak dobry pomysł. źródłem dofinansowywania mogliby być sami rodzice.zamiast przysłowiowych 2 zł na „kup sobie coś” wpłacaliby pieniądze na fundusz żywieniowy.