Krakowskie święto bryi

13 01 2010 :: olaf swolkień

Police on Demand Pampeluna ma swoja uliczna corridę, niektóre włoskie miasteczka mają święta pomidorów, inne karczochów, w niektórych lokalach skąpo ubrane lub nagie kobiety walczą ze sobą w kisielu. Kraków – chluba polskiej kultury także nie pozostaje w tyle. Jak z pewnością wszyscy zauważyli, od kiedy zaczęły się opady śniegu, mamy w Krakowie święto bryi.

Przepis na bryję jest prosty – trzeba na śnieg sypać dużo soli z jakimś chemicznym dodatkiem i broń Panie Boże tego co się zrobi na chodniku nie odgarniać. Wtedy wszyscy uprawiamy coś, co przypomina jakby chodzenie po plaży zimą. Jest to znakomita zaprawa dla nóg, np. przed wyjazdem na narty. Po pół godziny takiego brnięcia czujemy się jakbyśmy przeszli z 10 kilometrów. Dodatkowej atrakcyjności nadaje temu sportowi to, że pod bryją jest twardy i śliski chodnik, na który w każdej chwili możemy runąć. Co bardzo ważne, krakowska straż miejska znana ze swego zamiłowania do samochodów parkujących na chodnikach, także w tej dziedzinie odznacza się ogromną życzliwością i pilnuje żeby nikt zabawy nie psuł, ważne że śnieg jest posypany i zbryjony.

Zarządcy posesji i wynajęci do sprzątania zachowują to co najważniejsze czyli godność, którą odbiera machanie łopatą, a której przydaje eleganckie i dyskretne sypanie środków chemicznych. Można by nawet zaryzykować stwierdzenie, że narodziło się coś na kształt zdrowej rywalizacji na najbardziej zbryjony chodnik. Sól ma także tę zaletę, że znakomicie pomaga w radzeniu sobie z chyba najgroźniejszą plagą jaka nas dotyka w Krakowie, czyli z ciągle pleniącymi się tu i ówdzie drzewami. A te jak wiadomo nie tylko, że gubią liście, które trzeba zamieść albo bardziej godnie zdmuchnąć odkurzaczem, to jeszcze mogą czasami się wywrócić i aż boję się to powiedzieć, bo brzmi to jak bluźnierstwo, o Jezu, mogą uszkodzić samochód.

Dlatego bardzo słusznie sypie się sól także wokół Błoń, gdzie rosną stare i krzywe lipy, do których przykuwają się jakieś oszołomy, żeby tylko nie mogło tam być równo i elegancko według standardów, tak właśnie standardów, urzędników ZIKiTu. Sypanie soli pomaga także w konserwacji wszelkiego rodzaju infrastruktury, od butów zaczynając, a na rurach i konstrukcjach kończąc. Przecież wszyscy wiemy, że kiedyś soli używało się do konserwacji. W dodatku prędzej czy później ta sól spłynie do wód gruntowych i ją sobie wypijemy, czyli nawet będzie ten no recykling, żeby się unia nie czepiała albo znowu ci ekolodzy.

Tej powszechnej zabawie sprzyja fakt, że wiele chodników jest jakby niczyich, te gdzieś na osiedlach, wokół skwerów, ale i te w centrum jak np. pod Elefantem u wylotu Karmelickiej, gdzie zawsze jest mnóstwo chętnych do zabawy. Powie ktoś, że całą zimę to nudno jakoś, ale i na to znani z kreatywności Krakowianie znaleźli receptę; co pewien czas bryja zamienia się w lodowisko, a wtedy to dopiero jest wesoło. W dodatku lekarze mają pracę, a i producenci gipsu nie narzekają.

Ja jednak uważam, że w tym wszystkim najważniejszy jest element godnościowy. Kiedyś obserwowałem czarnoskórego mieszkańca Paryża, który zamiatał chodnik, ale ponieważ zamiatanie i praca sprzątacza jest szczytem upokorzenia, człowiek ten każdym ruchem zaznaczał swój dystans wobec wykonywanej czynności, miotłę trzymał jedną ręką, a śmieci od niechcenia przesuwał pod samochód. Mieszkańcy Krakowa poszli dalej i w ogóle zaprzestali w zimie zamiatania ulic, dzięki czemu miasto zyska sławę i kto wie, może znowu przyciągnie jakąś fale turystów i to nie tych tanich, ale takich co lubią turystykę kwalifikowaną.

Uważam, że to wszystko kwestia dobrej promocji, bo my Polacy mamy wiele atrakcji, ale nie umiemy ich dobrze sprzedać. Zdjęcia krakowskich chodników zastawionych samochodami i pokrytych bryją, powinny znaleźć się w specjalnym folderze i powinno tam być napisane, że u nas ta fiesta trwa nie jakiś tam jeden dzień, ale kilka miesięcy, że biorą w niej udział wszyscy, że jest darmowa i zupełnie spontaniczna, że władze nie przeszkadzają w powszechnej zabawie, że już prawie wszystkie stare drzewa uschły i nic nie zagraża samochodom, a miasto świetnie łączy tradycję z nowoczesnością.

p.s. W tej sprawie Federacja Zielonych przygotowuje kilka pism do stosownych urzędów. Należy z góry uprzedzić, że będą one miały charakter „roszczeniowy” i będą uwzględniały interesy pieszych, nie licząc się zupełnie z nieustającym dramatem kierowców.

foto:by nc sa misiek_beauchamp

Subskrybuj RSS


Komentarze

  1. xaaz :: 13 01 2010

    Nic dodać, nic ująć. Bardzo dobry tekst!

  2. smif :: 13 01 2010

    j.w.

  3. marcin wójcik :: 13 01 2010

    zgadzam się, tekst jest przedni i z dumą go na krakoff opublikowałem

  4. Patison :: 13 01 2010

    Czyli od lat bez zmian w naszym miescie. Dobrze, ze ktos to tak zgrabnie wypunktowal.Zycze skutecznosci autorom zapowiadanych listow i duuuzego naglosnienia we wszlekich mediach.

  5. Jakub :: 13 01 2010

    Najlepsza zabawa jest na chodnikach “miejskich”. Te przed prywatnymi posesjami często są wyłaczane z zabawy przez właściciela posesji, który szeroką łopatą odbiera nam radość. Niebagatelny wkład w ten niecny proceder odbyjania ma straż miejska, która kusi właścicieli rezygnacją z poboru 500 złotowych mandatów.

    Na szczęście chodniki “miejskie” nie są wodzone na pokuszenie.

    p.s. Panie Marcinie, potrzebuję się skontaktować z panem

  6. JarMark :: 13 01 2010

    Brawo, świetny tekst :)

    Szkoda tylko, że radość, którą wywołuje ten tekst, gdy się go czyta, jest smutną radością, (żeby użyć takiego na szybko stworzonego oksymoronu…)

  7. qag :: 14 01 2010

    Dobre.
    Należy się cieszyć, że ostatnio w modzie są gumiaki. Takie kolorowe a nie gumofilce, ale zawsze to gumiak. Można bawić się, choć bez elementu białej szarfy na bucie, tak charakterystycznej dla dobrego gracza.

Imię (required)

Email (required)

Website

Komentuj