Wiele się nie pomylę głosząc tezę, że każde europejskie miasto posiada ławkę. Mało tego, siedzenie jest czynnością równie miejską, co chodzenie, czy jeżdżenie. A może nawet miejską bardziej, wszakże rzadko kiedy siedzimy bez celu, zwykle przysiadamy z kimś, bądź z czymś – książką, gazetą, jedzeniem czy przemyśleniem. Podróżujemy, czekamy na kogoś, na tramwaj. O ile się da – siedząc.

Zagadką pozostaje więc dla mnie tak daleko idące niedocenienie roli ławki w codzienności miasta. Bo ławka dla mieszkańca jest czymś zupełnie innym, niż dla urzędnika, czy właściciela kawiarni. My chcemy na niej usiąść, a oni nam nie pozwolą, bo albo mamy usiąść w ich lokalu, albo zakładają, że jesteśmy bezdomnym chcącym się przespać.

Tak jak tabloidy, czy tego chcemy czy nie, wpłynęły na poważne gazety, tak galerie handlowe i ich quasipubliczna przestrzeń wpłynęła na nasze dotąd miasto. Bo ławka w mieście staje się tym, czym w galerii – miejscem do przepakowania zakupów, czy wchłonięcia kebaba.

Jedna z polskich redaktorek zajmujących się przestrzenią opowiadała kiedyś w radiu o pierwszej wizycie we Francji, jeszcze za czasów głębokiej komuny. Podczas wizyty z francuskimi przyjaciółmi w jednej z galerii postanowiła, dla żartu, położyć się obok nich na takiej oto galeryjnej ławeczce. Ale Francuzki od razu ją zestrofowały, żeby przestała, bo przyjdzie ochroniarz i ją wyrzuci. Ta historia stanowi chyba definicję quasipublicznej przestrzeni.

Dzisiaj ławkologia dostrzega pewną ewolucję również w domenie publicznej. Od ławki wygodnej, ozdobnej, drewnianej, która zachowała się jeszcze w parkach przechodzimy do ławki zimnej, najlepiej kamiennej, koniecznie bez oparcia, która w dodatku ustawiona jest na samym środku ulicy, w widocznym miejscu, pozbawionym odrobiny intymności. Tak wyglądają ławki na Rynku, ławeczka przed księgarnią na Grodzkiej, czy w Rondzie Mogilskim. Nawet nowe ławki przystankowe w tunelu hołdują obawie, że jeszcze znajdzie się jakiś bezdomny chcący się oprzeć w cieplutkim tunelu i nie pomoże nawet stado ochroniarzy, jakie ten tunel zatrudnia. W końcu bezdomny nie pasuje do całej tej narracji o nowoczesnym tunelu; jak określiła to jedna z bezradnych, prametra.

Zacnym obszarem badań ławkologii jest Świętokrzyskie i Roztocze. Istnieje tam zwyczaj stawiania ławek przed wejściem do domów, gdzie pozbawiona wyspecjalizowanych w tym celu instytucji (galeria handlowa) ludność zwyczajnie spotyka się. Przejeżdżając choćby przez Szczebrzeszyn spotykamy domy z gawędzącymi mieszkańcami i ich sąsiadami.

Nauką pomocniczą ławkologii jest trawnikologia. Rozwinęła się ona w Wielkiej Brytanii, gdzie (wskutek braku dostatecznej liczby galerii?) uniwersytety wpuściły studentów na pielęgnowane od stuleci trawniki. Już za kilka tygodni zobaczymy też morze ludzi wygrzewających się na „trawnikach” krakowskich bulwarów, zadeptanych przez wiankowiczów i zasranych przez psy.

Widać, że temat jest wdzięczny, w dodatku jak powiedziałby Foucault, nieskolonizowany przez jednolite dyskursy. Możemy bowiem podążyć tropem trawników, możemy oprzeć się o tradycyjną ławkę, albo wspiąć się na wielkie krzesło z placu Bohaterów. Nie ma jasnych, jedynych odpowiedzi, są jedynie nierozwiązane problemy.

foto:by nc nd _Teb, by nc nd Darwin Bell